Forum www.jstone.fora.pl Strona Główna

Koncerty.
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.jstone.fora.pl Strona Główna -> OFFTOPIC / Muzyka.
Autor Wiadomość
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 20:24, 02 Mar 2018    Temat postu:

Stoned napisał:
Jej wydany w styczniu tego roku debiutancki LP "Flashback" bardzo mi się spodobał, ale ja chyba po prostu nie umiem się ekscytować koncertami polskich wykonawców. Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć, po prostu tak mam.


Ja mam tak podobnie, jeśli chodzi o same oczekiwanie na koncert, ale powód jest prosty - polscy muzycy są łatwiej osiągalni niż zagraniczne gwiazdy. No i ten głęboko zapisany w kodzie genetycznym (wynikający z naszego narodowego kompleksu i historycznych doświadczeń pewnie) dziki entuzjazm, gdy ktoś z "wspaniałej zagranicy" przyjeżdża. Wesoly Nie oznacza to jednak, że oddziaływanie muzyczne polskich artystów jest w jakimś stopniu słabsze - w żadnym wypadku! Od Krzyśka wyszedłem absolutnie zaczarowany w grudniu, podobnie od Natalii Grosiak z Mikromusic, na Ani Rusowicz też swojego czasu szalałem ostro. Wszędzie znajdą się zarówno rzemieślnicy, jak i artyści, którzy w swojej pracy przemycają coś nieuchwytnego, dotykają absolutu.

Cieszę się, że koncert Ci się mimo to podobał. Patrząc po nagraniach, rzeczywiście stałaś dosyć daleko i na uboczu, ale myślę, że uszy Ci trochę za to podziękowały. Laughing Przy takim zespole ciężko oczekiwać fajerwerków, ale myślę, że z czasem Rosalie zacznie zrzeszać większe grono muzyków, podobnie jak rośnie jej pewność siebie, charyzma i obycie ze sceną. Wiadomo, że teraz jest czas rozśpiewania. :) Zresztą... Kelela też tylko z DJem i chórzystkami przyjechała do stolicy haha.

Nie pozostaje mi nic innego, jak kupić bilet na poznański koncert. :)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stoned
PANI DYREKTOR



Dołączył: 06 Sty 2011
Posty: 4443
Przeczytał: 23 tematy

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 11:07, 03 Mar 2018    Temat postu:

Chojrak napisał:
Stoned napisał:
Jej wydany w styczniu tego roku debiutancki LP "Flashback" bardzo mi się spodobał, ale ja chyba po prostu nie umiem się ekscytować koncertami polskich wykonawców. Nie wiem jak to lepiej wytłumaczyć, po prostu tak mam.


Ja mam tak podobnie, jeśli chodzi o same oczekiwanie na koncert, ale powód jest prosty - polscy muzycy są łatwiej osiągalni niż zagraniczne gwiazdy. No i ten głęboko zapisany w kodzie genetycznym (wynikający z naszego narodowego kompleksu i historycznych doświadczeń pewnie) dziki entuzjazm, gdy ktoś z "wspaniałej zagranicy" przyjeżdża. Wesoly Nie oznacza to jednak, że oddziaływanie muzyczne polskich artystów jest w jakimś stopniu słabsze - w żadnym wypadku! Od Krzyśka wyszedłem absolutnie zaczarowany w grudniu, podobnie od Natalii Grosiak z Mikromusic, na Ani Rusowicz też swojego czasu szalałem ostro. Wszędzie znajdą się zarówno rzemieślnicy, jak i artyści, którzy w swojej pracy przemycają coś nieuchwytnego, dotykają absolutu.


Potem o tym myślałam i przyczyną też bym określiła dostępność - jak taka Joss nad odwiedzi raz na 7 lat to jest się czym podniecać, a polscy wykonawcy jeżdżą tylko (albo w 90%) po Polsce, więc żeby kogoś zobaczyć trzeba poczekać tylko chwilkę.

Chojrak napisał:

Cieszę się, że koncert Ci się mimo to podobał. Patrząc po nagraniach, rzeczywiście stałaś dosyć daleko i na uboczu, ale myślę, że uszy Ci trochę za to podziękowały. Laughing Przy takim zespole ciężko oczekiwać fajerwerków, ale myślę, że z czasem Rosalie zacznie zrzeszać większe grono muzyków, podobnie jak rośnie jej pewność siebie, charyzma i obycie ze sceną. Wiadomo, że teraz jest czas rozśpiewania. :) Zresztą... Kelela też tylko z DJem i chórzystkami przyjechała do stolicy haha.

Nie pozostaje mi nic innego, jak kupić bilet na poznański koncert. :)


Zachęcam do kupna biletu! Nie był to koncert, który mnie jakoś powalił na kolana i o którym będę myśleć przez najbliższe tygodnie, ale warto było się przejść :) Fajny, energetyczny set, który rozkręcał się z każdą kolejną piosenką. Bardzo mi się wkręciło "Pozwól", które niespecjalnie przykuło moją uwagę na EP-ce.
Nie zależało mi żeby być blisko sceny, więc jak zajęłam miejsce w kącie tak w nim już zostałam. Trochę mnie wkurzały laski, które usiadły obok mnie - ciągle gadały, żarły coś i piły, ciągle mnie szturchały i przepraszały, ech.
Po koncercie widziałam, że Rosalie rozdawała autografy i robiła sobie zdjęcia z ludźmi, więc jak komuś zależałoby na zamienieniu paru słów, to też nie byłoby problemu.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 22:35, 05 Mar 2018    Temat postu:

Stoned napisał:
Bardzo mi się wkręciło "Pozwól", które niespecjalnie przykuło moją uwagę na EP-ce.


"Pozwól" jest super, ale "Trudno" rusza mnie o wiele bardziej bardziej.

Wybaczcie długość tego tekstu, ale puszczam wszystkie refleksje, jakie przeszły mi przez głowę tej nocy, świadectwo mojej walki. Jak człowiek sobie znajdzie zajęcie, to czas upływa mu momentalnie. Grunt, żeby ciepło było. Laughing Zdjęcia profesjonalne pomieszane z moimi, różnicę widać chyba od razu. Fotografowie skupili się na Jessie, nie widać zespołu za bardzo.

04.03.2018

Jessie, Jessie, Jessie. Nie do wiary, że słucham twojej muzyki już od 6 lat, a na twoim koncercie, pomimo twojej częstej obecności w Polsce, byłem dopiero pierwszy raz. Już wiem, że na pewno nie ostatni.

Moja druga wizyta w Krakowie, niespełna 4 miesiące po epizodzie z nowoorleańskim jazzem, obfitowała w słońce, umiarkowany chłód i pierwszy raz od dawna w samotność. Ostatni taki wypad zorganizowałem sobie do Szczecina jakieś dwa lata temu, stąd krakowski wyjazd stał się na powrót niemałym wyzwaniem dla mojej w gruncie rzeczy nieśmiałej osoby. Próbowałem wszystkiego - uderzałem na Facebooku, pisałem do fanclubu Jessie Ware Polska, nawet na wymarłym już laście postawiłem na nogi parę nieznajomych osób, ale przeznaczenia nie oszukasz, tym razem byłem sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Podróż pociągiem minęła mi bardzo szybko, ostatnio w ogóle czas upływa mi szybciej niż kiedykolwiek. Punkt 14, szybki rekonesans po Galerii Krakowskiej, a potem turystycznym szlakiem przemierzyłem Rynek Główny w Krakowie, wspiąłem się na Wawel, spacerowałem Powiślem, by następnie zdobyć podwoje Kazimierza i Podgórza, tak pięknie przykrytego resztkami śnieżnobiałego puchu - a widok na miasto z Kopca Kraka zapiera dech w piersiach. Kolejne polskie miasto i znów inna aura - to chyba majestat królów polskich wisi w powietrzu, no i smog oczywiście. Wesoly Zalewski śpiewający Niemena dzielnie towarzyszył mi w drodze, potrzebowałem takiego patriotycznego akcentu przytłoczony tłumami zagranicznych turystów. Laughing Zanim jednak dotarłem pod arenę, zahaczyłem po drodze o restaurację Smakołyki, położoną nieopodal Rynku. Wiedziałem, że trafiłem w dobre miejsce, gdy przywitały mnie utwory Leona Bridgesa, solidne bity The Dumplings i chrypka Natalii Przybysz. Zasiedziałem się tam na tyle długo, że pod samą areną znalazłem się chwilę przed 19, jadąc tramwajami z przesiadką na przystanku ku czci najbardziej fascynującej rodziny w historii polskiej kinematografii - "Lubicz". Pośpiech był zbędny, bo kolejka nie była zbyt duża, co po warszawskich doświadczeniach mile mnie zaskoczyło, ale i tak zmarzłem.

[link widoczny dla zalogowanych]

Szybka herbata na rozgrzanie, szastanie hajsem w szatni (całe 10 zł za samą torbę) i mogłem już schodzić na płytę. Tauron Arena robi ogromne wrażenie na żywo, mimo iż na ten koncert zagospodarowano może 1/3 obiektu. Pocieszyło mnie to, bo już myślałem, że przegapiłem moment, w którym Jessie zaczęła wyprzedawać stadiony. Zaskoczyło mnie, że tak swobodnie można było zająć miejsce na trybunie, bilety były w tych miejscach droższe, a wydaje mi się, że nie wszystko było zajęte.

Punkt 20 na scenę wkroczyła Kasia Lins (jeśli to czytasz Adam - 10/10, czyste piękno i jeszcze ten kapelusz) wraz z 5-osobowym zespołem - perkusja, bas, klawiszowiec i gitarzysta w jednym oraz dwie chórzystki, sama Kasia grała też na Rolandzie, często zabawnie się odchylając po zagraniu jakiegoś kozackiego akordu. Dosyć ciekawy skład, jak na postać dopiero wkraczającą szturmem na polski rynek muzyczny, ale już na tym etapie bardzo wyrazistą, ze stylem nie do podrobienia. Wszyscy ubrani byli na biało - wizerunkowa spójność pozwoliła na pierwszy kredyt zaufania z mojej strony. My Kasię Lins znamy przede wszystkim z soulującego, kapitalnego debiutu, ale to już przeszłość. Udowodnił to pierwszy zagrany utwór "Save Me Boy" - drapieżny, inspirowany amerykańskim rockiem numer, z nonszalancją spod znaku Lany del Rey, ale też PJ Harvey z początków kariery. Celnych strzałów było jeszcze kilka (m.in. "Hollow Words" i ballada "These Days") i wszystkie pokazały songwriterski talent Kasi oraz nowy muzyczny kierunek. Zaskoczeniem była dla mnie aranżacja "Tonę" - z południowego brzmienia niewiele pozostało, numer stał się nastrojową, bujającą balladą z dosyć mocno wygiętą w stosunku do oryginału linią melodyczną. Mimo tego wciąż ujmuje. "Tak widzę nas" ze zmianami tempa dało możliwość do małych tanecznych popisów Kasi. Na koniec wybrzmiał "Wiersz ostatni" z orientalną ornamentyką, Kasia dała tutaj prawdziwy popis wokalnej sztuki, po czym zeszła ze sceny. Dziewczyna musiała doznać wielu przykrych zdarzeń, bo w tekstach tych piosenek jest dużo smutku, złości, melancholii i nieustającej tęsknoty. Myślę, że ten występ to była idealna okazja, by zaprezentować się aż tak dużej publiczności i wykorzystana w pełni. Oby tak dalej!



Po tym nastąpiła, wydawać by się mogło, najgorsza część wydarzenia, czyli oczekiwanie na główną gwiazdę. Nie tym razem. Zawsze zastanawiam się, kto zajmuje się muzyką puszczaną w tle na takich koncertach - czy to propozycja własna artystów czy lokalni DJe, ale leciały tak świetne, wyraziste, funkowe, taneczne utwory, że ja praktycznie co chwilę odpadałem Shazam. I nie byłem jedyny, dziewczyny przede mną robiły dokładnie to samo i tworzyły playlistę na Spotify. Laughing Niech ta piosenka (w wersji 7-minutowej dodam) będzie najlepszym przykładem.

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/4gazNwzC4H0" frameborder="0" allow="autoplay; encrypted-media"></iframe>


Punkt 21 na ekranie wyświetliły się napisy i tak rozpoczął się koncert, a chwilę potem wyszła ona - woman in black, ubrana prosto i elegancko, miała na sobie długi czarny płaszcz.



Jessie zapragnęła nieco wzbogacić koncerty o elementy dramatyczne - cały set był podzielony na 4 akty, które były poprzedzone pewnymi refleksjami na temat jej dotychczasowego życia. Oprócz niej na scenie pojawiło się 5 utalentowanych muzyków - perkusja, bas, gitara, klawisze i uwaga uwaga perkusjonalia. Martwiłem się, że znowu ich nie zobaczę, bo podobnie jak u Khalida, za plecami Jessie pojawiły się parawany, przez które przepuszczane były wizualizacje.

[link widoczny dla zalogowanych]

Muszę przyznać, że emitowane barwy i geometryczne wzory dobrze korespondowały z tonacją utworów i stanowiły ciekawe urozmaicenie pierwszego aktu, potem parawany zostały ku mojej uciesze zdjęte.

Jessie otworzyła koncert historią swojego życia, czyli piosenką "Sam". Było rozczulająco i pięknie, brakowało tylko solówki trąbki. Chwilę potem uderzyliśmy w taneczne rytmy, słuchając "Your Domino" Następne było "Running" wybrzmiało z potężną siłą - cudownie było usłyszeć numer, od którego de facto zacząłem swoją przygodę z Jessie.

[link widoczny dla zalogowanych]

Przy balladach "Thinking About You" i "Alone" zachwyciłem się głosem Jessie, śpiewanie tych piosenek jest dla niej czymś całkowicie naturalnym, nie wyłapałem ani jednego momentu, w którym śpiewałaby siłowo. Emisja głosu na najwyższym poziomie. Rasowy wokal i nienaganna wokalna technika. Nie każdy może i powinien śpiewać, co często widać przy supportach, gdzie wokaliści często mają problem, żeby przebić się przez ścianę dźwięku.



Potem przyszła kolej na "Selfish Love" uwodzące latynoskim czarem i choćby dla tego jednego utworu warto było zaangażować bębniarza, co nie oznacza, że był to jedyny moment, w którym mógł się wykazać. Hip-hopowe "No to Love" podbite bębnami bujało jeszcze bardziej, nabrało rumieńców - sami muzycy dygali do tego utworu. Pojawiła się też dawno niegrana przez Jessie piosenka - "Something Inside" z debiutanckiej płyty. Bas trochę zmasakrował tę skądinąd bardzo subtelną piosenkę, za to fajnie rozwinęła się jej aranżacja pod koniec w kierunku bardziej tanecznym. Dziewczyny pięknie odtworzyły wielogłosowe harmonie tego utworu. Przy "Till the End" Jessie sprzedała nam anegdotkę o tym, jak mocno żałuje oddania tej piosenki na poczet filmu, bo bardzo chciała otworzyć nią swoją ostatnią płytę.


Ogólnie muzyka Jessie, pomimo silnego osadzenia w elektronice, była dosyć mocno ożywiona, co działało silnie na korzyść całego koncertu. Zagrała też moją ulubioną piosenkę z nowej płyty - "Last of the True Believers" - przyznaję, że popłynęła męska łza, melancholia i sugestywność tego numeru silnie na mnie działa i nic na to nie poradzę. Numer grany z początku na klawiszach, ale z czasem aranżacja gęstniała.

A potem wybrzmiały już same hity: kapitalnie zaśpiewane "Midnight", utrzymane w klimacie smutnego disco-funku "Want Your Feeling", "Champagne Kisses" z buziakami do polskich fanów, "Say You Love Me" z lasem świateł. Na bis przebrała się dla odmiany w... biały płaszcz Laughing, natomiast zagrała "Tough love", które skojarzyło mi się mocno z muzyką house, no i oczywiście "Wildest Moments" wyśpiewane wspólnie z publiką.
[link widoczny dla zalogowanych]

Łącznie koncert trwał niewiele, około godziny i dwudziestu minut, ale też nie oszukujmy się - dla mnie zawsze byłoby mało. Co nie oznacza, że nie mogła zagrać więcej - akurat dla Polski mogłaby się skusić na drugi bis. Brakowało mi do szczęścia chociażby "Kind of sometimes maybe" czy "Imagine It Was Us". Mimo to Jessie wprowadziła mnie w magiczny stan, zupełnie jak przy słuchaniu płyt. Jej utwory zyskują na żywo, a sam wokal robi piorunujące wrażenie. Swoją drogą, jej subtelna muzyczna osobowość stanowi ciekawą kontrę dla jej stylu bycia, bo między utworami nadawała jak przekupa na targu. Laughing Widać, że w Polsce czuje się swobodnie, pewnie, po prostu jak u siebie. Chętnie żartowała i przekomarzała się z publiką. Liczne słowa "dziękuję" rozczulały, pomimo że w pewnym momencie palnęła też "spasiba". Laughing Śmiała się, że nauczenie się polskiego jest impossible. Laughing

Nie oczekiwałem też wiele od nagłośnienia, a jak na taką halę to było bardzo w porządku - masywne brzmienie, ale też dosyć selektywne; przy subtelniejszych piosenkach może bas był trochę przegięty, ale poza tym koncertu słuchało się z przyjemnością. Publiczność też była nad wyraz spokojna, skupiona, moim uszom oszczędzono pisku rozochoconych nastolatek, ludzie jacyś tacy starsi - wszystko wróciło do normy. "Adult contemporary" rządzi się jednak swoimi prawami, pomimo że Jessie jest w naszym kraju o wiele bardziej popularna niż taki Khalid.


Najzabawniejsze oczywiście jest oczekiwanie na poranny pociąg - a w samotności urasta to do rangi życiowego wyzwania. Tylko dzięki temu, że piszę te słowa, wciąż zachowuję trzeźwość umysłu i nie chce mi się spać, a powoli uśmiercam czas. A Kraków nocą rządzi się swoimi prawami. Najpierw wybrałem się do KFC, parę kilometrów od Taurona. Miał być czynny całodobowo - dumnie się tam reklamują. Ostatecznie co? Menelstwo i ja zostaliśmy wyproszeni już o 1 w nocy, mimo iż klientów nie brakowało. Jeden z nich coś tam się awanturował, ale z klientami kulturalnie się przywitał. Nie miał butów, zasuwał w samych skarpetach. Druga pani spała sobie zachlana na kanapie. Samo to KFC było tak daleko od centrum, musiałem czekać dobre 20 minut na mrozie na autobus, którym pokonałem jakieś 12 przystanków. Jak już dojechałem, stwierdziłem, że bez sensu szukać MacDonalda - schowam się na dworcu. Stacjonuję przy wielkim globusie i rozmyślam nad sensem świata Laughing, ochroniarze czuwają nad bezpieczeństwem, chwilę potem przychodzi dwóch normalnie wyglądających panów - myślę, spoko, w kupie raźniej. Podobną myślą pokierowali się kolejni przybysze - dwaj menele, którzy zaszczycili nas swoją obecnością. Oczywiście to ja mam na czole napisane Caritas i to do mnie musieli się dosiadać i żebrać o pieniądze - jeden zbierał na setkę, drugi na syna z białaczką. Dwóch kolesi obok autentycznie mi współczuło, widziałem to na ich twarzach. Na szczęście ja też umiem grać biednego. Laughing Jeden z towarzyszy śmierdział szczochem tak mocno, że ochroniarz go pogonił. Niestety szybko wrócił, więc punkt 4 zawinąłem się do świeżo otwartego Maca na dworcu, a tam... przywitało mnie darmowe cappuccino, niczym zbawienie dla duszy. Ale i tutaj znalazł się żebraczek. "Poratuje pan złotóweczką?" Do trzech razy sztuka, masz pan i idź pan już - pomyślałem. Chwilę potem mogłem już pakować się do pociągu. Uwierzcie, że już dawno nie byłem tak ucieszony na widok przedziału. Siedziały, a właściwie spały dwie studentki, jak zobaczyłem na samym końcu, też wracały z koncertu Jessie, gdy mignął mi przed oczami bilet. Laughing W takiej atmosferze można było spokojnie pójść spać. Potem zobaczyłem też tych dwóch panów, którzy towarzyszyli mi na dworcu, też wysiadali w Poznaniu. Pocieszyło mnie to, nie tylko ja porywam się na takie chore wycieczki. Wesoly Naprawdę, mam wrażenie, że nie wykorzystałem wszystkich możliwości - następnym razem po prostu szukam noclegu, bo to chyba nie na moje nerwy. Kiedy ja w końcu dojrzeję? Laughing Wyklinałem na siebie pół nocy. Normalny to ja na pewno nie jestem. Laughing Niemniej dla Jessie naprawdę było warto! :)

Setlista:

Exposition (act I)

1. Sam
2. Your Domino
3. Running
4, Thinking About You
5. Alone
6. Selfish Love

Climax (act II)

7. No to Love
8. Hearts
9. Something Inside
10. If You're Never Gonna Move
11. Till The End
12. Last of the True Believers

Dénouement (act III)

13. Midnight
14. Champagne Kisses
15. Want Your Feeling
16. Say You Love Me

Encore (act IV)

17. Tough Love
18. Wildest Moments


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chojrak dnia Pon 23:08, 05 Mar 2018, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stoned
PANI DYREKTOR



Dołączył: 06 Sty 2011
Posty: 4443
Przeczytał: 23 tematy

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 10:07, 06 Mar 2018    Temat postu:

Piękna opowieść <3 Koncert jest jak tło do podróży Laughing
Cieszę się, że wszystko się udało. Jestem zaskoczona, że przy tak długiej setliście koncert trwał mniej niż 90 minut, chyba nie wszystkie utwory były grane po całości, hm?

Nie spodziewałam się po Jessie niczego poniżej bardzo dobry, więc zaskoczona nie jestem :) Miło, że przyjechała z dosyć rozbudowanym składem.

Pamiętaj, jak nie spałeś na dworcu pod bankomatem, to jesteś wygrany Laughing
Swoją drogą to pamiętam, że podobny problem był z Makiem w Pradze - niby czynny do 2, ale o północy mojej przyjaciółce kazano się wynosić.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 21:52, 23 Mar 2018    Temat postu:

16.03.2018
To był mroźny piątek, ale też dzień intensywnej nauki. Pomyślałem, że koncert Rosalie. będzie idealną nagrodą za edukacyjne trudy. Wesoly Debiut Rosalie wraz z EP-ką "Enuff" na dobre utknęły mi w głowie i dzielnie towarzyszą mi w codziennym przemierzaniu Poznania, dlatego nie wyobrażałem sobie, że mógłbym przegapić ten koncert.


Moja miłość do muzyki zaprowadziła mnie do miejsca, które do tej pory pozostało na mojej personalnej mapie miasta nieodkryte. To klub Tama, miejsce imprez osadzonych silnie w klimacie muzyki elektronicznej, chociażby techno. Nie sądziłem, że Poznań może pochwalić się taką zadbaną salą klubową, na której z powodzeniem mogłyby się odbywać koncerty bardziej niszowych artystów, których znamy i cenimy. Wierzę, że co raz ciekawsze bookingi to tylko kwestia czasu. Mruga Ten wieczór smakował Desperadosem Nocturno (za wątpliwą przyjemność picia tego piwa zapłaciłem całe 14 zł - nigdy więcej), za to na pocieszenie pobrzmiewał poczciwym r'n'b. Jeśli będziecie mieli okazję wybrać się na jakąś imprezę z Chloe Martini za konsoletą, idźcie koniecznie. Dobór kawałków obejmował obie siostry Knowles (ostatnia rzecz, której się spodziewasz na supporcie, to zremiksowana wersja żurawi Solange), Jaya-Z, Nao, Andersona Paaka, Kendricka Lamara i jeszcze parę innych sztosów (choćby J. Lo "Play" Wesoly). Swój człowiek za konsoletą - zamarzyła mi się cała impreza w takim klimacie. Laughing Zabawa Shazamem to ostatnio moja nowa rozrywka podczas samotnych koncertów - na nic się zdało promowanie Rosalie. na połowinkach. Laughing

<iframe src="https://open.spotify.com/embed/user/kamillo999/playlist/5TGAHRRnlzqbNBxwBCcjoJ" width="300" height="380" frameborder="0" allowtransparency="true" allow="encrypted-media"></iframe>

Bezbolesny czas oczekiwania przeminął i około 20:30 na scenę wyszła Rosalie wraz ze swoim dwuosobowym składem i otworzyła koncert numerem "Understand" - z miejsca powalając swoim dziewczęcym, wyrazistym, nieskazitelnym wokalem. Bit zabrzmiał tłuściutko. Ciarki! Wokalistka nie kryła zadowolenia z tego, że gra koncert w swoim rodzinnym mieście. Już przy drugim numerze "A pamiętasz?" zachęcała ludzi do śpiewania, dając wyraz swojej nieprawdopodobnej charyzmie i scenicznemu obyciu. Cudownie było usłyszeć "So Good" z EP-ki - to numer, który niezmiennie poprawia mi humor i uruchamia wydzielanie endorfin. Następnie zaczęły się dedykacje - pięknie wybrzmiewające w przestrzeni "Home" dla obecnej na publice mamy i cover Destiny's Child ku czci Beyonce, idolki Rosalie, oparty na basie. Zabrzmiał dosyć mrocznie i zdecydowanie bardziej pociągająco niż w oryginale. Mocnym punktem programu był numer "Holding Back", wówczas gościnnie na scenę wkroczyła Chloe Martini - producentka tej piosenki, akompaniując basiście Adamowi i Paszczakowi na drugim basie. Bujającej się publiczności nie sposób było powstrzymać. Następnie nastąpił swoisty medley dwóch utworów - "The One" i "Emotions". Ten drugi utwór niekoniecznie porwał mnie przy domowym odsłuchu, ale na koncercie... Klawisze lekko pobrzmiewające housem, ulotne jak mgiełka i rozpływający się wokal Rosalie wystarczyły, by odlecieć daleko ponad Tamę. Muzycy Rosalie nie szaleli za bardzo z aranżacjami, ale żywy bas rzeczywiście dodawał dużo życia do tych w gruncie rzeczy świetnych bitów. Przy "Królowej" panowie zaczęli bardziej bawić się formą, co swoją kulminację osiągnęło przy moim ulubionym numerze z debiutu - "Spokojnie". Basista Adam otworzył ten utwór rozległą solówką na basie, wzbogacając go solidną porcją funkowego brzmienia. Był to też jeden z najchętniej śpiewanych numerów na koncercie, sam śpiewałem. Laughing Koncert zakończył pierwszy hit Rozalki - piękne "Pozwól". Na bis nie musieliśmy długo czekać. Tutaj zostałem mile zaskoczony, bo wokalistka sięgnęła po numer niezrzeszony pt. "Już", którego wcześniej nie znałem - mam wrażenie, że ta dziewczyna nie nagrywa słabych piosenek. A na sam już koniec ponownie usłyszeliśmy "A pamiętasz?" - Rozalka nie musiała jakoś szczególnie zachęcać ludzi do śpiewania.

[link widoczny dla zalogowanych]

Łącznie mieliśmy 15 piosenek, godzina i kwadrans - jak na debiutantkę całkiem w porządku. To wystarczyło, by na scenie zadziała się magia. Rosalie ma charyzmę, jest autentyczna, koncertowanie sprawia jej dużo radości. No i cudowny wokal, który wyróżnia ją spośród innych dziewczyn na rynku. Niejednokrotnie mogliśmy ją też zobaczyć tańczącą. Ten pozytywny nastrój momentalnie udziela się publice. Dziewczyna nie kryła też swojej ogromnej wdzięczności dla publiczności, ze sceny niejednokrotnie padły słowa: "dziękuję za każdego z was". A taki klub jak Tama stanowi idealne miejsce dla tak przestrzennych, soczystych i zmysłowych produkcji. Moją uwagę zwróciły też wizualizacje do praktycznie wszystkich granych utworów - niby drobiazg, ale fajnie dopełniały artystyczny wyraz koncertu. Pojawiło się wiele osobistych nagrań, wspominek z dzieciństwa czy też publikowane wcześniej teledyski. Pozostaje mi życzyć Rosalie dalszych sukcesów i kolejnych udanych piosenek, ale o to się za bardzo nie martwię - dziewczyna ma naprawdę wszystko, czego potrzeba w tym fachu. Nie dziwią mnie powszechne zachwyty jej koncertami - dziewczyna posiada to nieuchwytne "coś", czym przekonuje ludzi do siebie. Potwierdzeniem jakości koncertu będzie poniższe zdjęcie, dawno już nie kupowałem płyty bezpośrednio po koncercie, ale nie potrafiłem się powstrzymać. Z podpisem od dziewczyny z Rataj. Laughing

[link widoczny dla zalogowanych]

1. U.N.D.E.R.S.T.A.N.D.
2. A pamiętasz?
3. So Good
4. Home
4. No, no no (Destiny's Child Cover)
5. About us
6. Holding back (gościnny udział producentki Chloe Martini na drugim basie)
7. Theone + Emotions - medley
8. Ocean
9. Królowa
10. Spokojnie
11. Gone
12. Pozwól

Bis:
13. Już
14. A pamiętasz?


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chojrak dnia Pią 22:02, 23 Mar 2018, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stoned
PANI DYREKTOR



Dołączył: 06 Sty 2011
Posty: 4443
Przeczytał: 23 tematy

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 13:05, 24 Mar 2018    Temat postu:

Łooo, jaka duża hala w porównaniu do Wrocławia
Setlista ta sama raczej, w Poznaniu tylko z gościnnym występem Chloe Martini widzę, a szkoda, liczyłam, że cały zespół będzie bardziej rozbudowany. Jeszcze nie czas :)
Też nie wykonała "po co?" Smutny

Też miałam ochotę kupić płytę, ale niestety jak śpiewa ABBA "money money money" Laughing

Fajna jest Rosalie, naprawdę fajna dziewczyna, mam nadzieję, że to dopiero początek jej sukcesów :)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
wena
INSPEKTOR



Dołączył: 06 Sie 2011
Posty: 1497
Przeczytał: 5 tematów

Pomógł: 6 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 21:16, 24 Mar 2018    Temat postu:

Też się okropnie ostatnio jaram Rosalie mimo,że nie przesłuchałem w całości jej płyty,bardziej katuje z youtuba So Good,Pozwól <3 i kilka innych.Skoro równie dobrze wybrzmiewa na lajfie to musze koniecznie odwiedzić ją na koncercie :)

Ps.Ile zapłaciłeś za płytke ?


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Sob 21:48, 24 Mar 2018    Temat postu:

Aniu, też mnie to minimalnie rozczarowało, chociaż to kwestia błędnej interpretacji. Z tym rozszerzonym składem chodziło pewnie o postać Adama basisty, bo wcześniej Rosalie grała wyłącznie z DJ-em. Poznań pozostał obojętny na talent pisarski chłopaków z Bitaminy, bo uczestnicy koncertu nie domagali się w ogóle tej piosenki. Laughing

Adam, też się jaram niezmiernie "So Good" i nie tylko - Rosalie ma głowę do refrenów, jak mało kto w tym kraju. "Flashback" też nie powinien Cię zawieść, może poza uroczymi wersami o dupie, która robi kanapki z ogórkiem i w ogóle to jest śmieszna. Laughing Za płytkę dałem 40 zł, więc pewnie tak jak bym kupował w sklepie muzycznym.

W ogóle dziewczyna raptem 3 lata starsza ode mnie, dawałem jej ciut więcej.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
wena
INSPEKTOR



Dołączył: 06 Sie 2011
Posty: 1497
Przeczytał: 5 tematów

Pomógł: 6 razy
Ostrzeżeń: 0/5

Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pon 19:08, 09 Kwi 2018    Temat postu:

Czyli ile ma lat? Wesoly Wydaje się dużo starasza Wesoly

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Wto 8:13, 10 Kwi 2018    Temat postu:

Rocznik '93. Mruga W którymś wywiadzie to usłyszałem i się mocno zdziwiłem. Wesoly

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Pią 17:05, 27 Lip 2018    Temat postu:

25.07.2018 - Algiers, Meskalina, Poznań

Dobrze pamiętam moment, w którym poznałem muzykę Algiers. Była to końcówka 2015 roku, gdy przypadkiem natrafiłem na intensywny i wyrazisty numer - "Blood". Nieznana siła kazała mi czym prędzej posłuchać całego albumu, który okazał się albumem tak bardzo eklektycznym, nietypowym, trudnym do zaklasyfikowania, że z miejsca wylądował w moim prywatnym rankingu ulubionych płyt upływającego roku. Soulowy wokal, ale i jednocześnie wyraziste rockowe brzmienie? Industrialne bity, a jednocześnie dzika, punkowa energia? Można by tak wymieniać w nieskończoność. Już w 2017 Algiers występowali w Poznaniu, ale dokładnie tego samego dnia bujaliśmy się z Anią na jazzowym koncercie nowoorleańskiego puzonisty Trombone'a Shorty w Krakowie. Przyznaję, było mi trochę żal. Na rekompensatę nie musiałem długo czekać, bo w lipcu Algiers postanowiło wrócić i co mnie ucieszyło najbardziej, tylko do Poznania. Jak widać, co się odwlecze to nie uciecze.
Laughing

Do tej pory Meskalina jawiła mi się bardziej jako kawiarnio-bar, a nie jako klubokawiarnia, stąd byłem bardzo ciekawy, jak to miejsce wypadnie w roli gospodarza koncertu. Szczególnie, że temu miejscu bliżej do klimatów muzyki czarnej, etnicznej, elektroniki czy hip-hopu aniżeli wyrazistych brzmień rockowych, czego poniższy numer puszczany przed supportem jest chyba najlepszym przykładem. (notabene świetny transowy kawałek, z zabarwieniem etnicznym, a do tego akordeon/bandoneon a la Libertango - brzmi to intrygująco)

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/LVzXP-NCkT8" frameborder="0" allow="autoplay; encrypted-media"></iframe>

Miejsce jest niezwykle kameralne i jak to często w Poznaniu bywa - pozbawione klimatyzacji. Laughing Sala mieściła nie więcej jak 200 osób - i trzeba przyznać, że przekrój społeczeństwa robił wrażenie, bo muzyka Algiers ściągnęła tu zarówno młodych, jak i starych, dużo par i sporo obcokrajowców, co chyba idealnie oddaje niejednoznaczność tej muzyki. Upał w pomieszczeniu poważnie dawał się we znaki tego wieczoru, dlatego drzwi do lokalu pozostawały cały czas otwarte - pomyślałem sobie, że bez sensu kupowałem bilet, mógłbym sobie siedzieć przed lokalem i wszystko bym słyszał. Laughing

Około godziny 20 na scenie pojawił się zespół 52 Hertz Whale - słowacki zespół grający muzykę raczej przeze mnie niezgłębioną, to jest hard rock czy post-punk. Chyba wyparłem ze świadomości fakt, że korzeń muzyki Algiers opiera się w pierwszej kolejności na gitarowych brzmieniach, stąd nie powinien mnie dziwić taki dobór supportu. A jednak nieco się zdziwiłem i poczułem, że to nie jest do końca moja estetyka, jeśli chodzi o koncerty, zwłaszcza, że nagłośnienie nie było najlepsze. Wokalista raczej nie zaskoczył wokalem, natomiast zwracał uwagę swoją nietypową gestykulacją. Filmik chyba najlepiej podsumuje ten mało interesujący epizod. Najciekawsze było to, że perkusista Algiers - Matt Tong - z długimi, błyszczącymi, czarnymi włosami a la doczepy mojej siostry przyglądał się temu widowisku, a potem bardzo chętnie rozmawiał z fanami, którzy go rozpoznali.

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/LFTeckz5iIc" frameborder="0" allow="autoplay; encrypted-media"></iframe>

Po supporcie na scenie zaczęli instalować się muzycy Algiers na czele z wokalistą, niczym jedna z wielu kolejnych kapel, które mogłyby grać tego wieczoru. Atmosfera zaczęła gęstnieć, ludzi nagle zrobiło się więcej, a ja ze spokojem wycofałem się na tył sali, bo nie ukrywam, że nieco bałem się tego, co usłyszę. Kilka minut po 21 zaczął się koncert. Na początek rozbrzmiało "Cry of The Martys" i niestety moje obawy się potwierdziły. Lokal nie podołał hałaśliwej muzyce Algiers, kameralność lokalu stała się jego największym przekleństwem. Pomimo energii, z jaką grali muzycy, wszystko zlewało się w jedną nieprzeniknioną ścianę dźwięku - i chyba nie byłem odosobniony w tych odczuciach, bo widziałem, jak stojący obok mnie niemieckojęzyczny pan zrobił sobie prowizoryczne zatyczki z chusteczek higienicznych. Laughing Następnym razem chyba też zaopatrzę się w jakieś zatyczki. Wesoly Druga rzecz, że koncerty rockowe to chyba nie jest do końca moja estetyka - lubię słuchać rockowych nagrań studyjnych, ale jeśli miejsce nie broni się nagłośnieniem, to niesamowicie nuży mnie słuchanie tego na żywo. Z czasem jednak się przyzwyczajałem, bo i panowie dawali czadu, jak i Fisher dawał radę na wokalu.



A jak już usłyszałem numery z pierwszej płyty, to zrobiło mi się od razu cieplej na sercu. Najpierw klaskane razem z publicznością "Black Eunuch" z garażową energią, potem enigmatyczne "Blood", przy którym można się było skupić na brzmieniu wokalu Fishera na żywo. Uderzająca charyzma! Zabawne było także oglądanie basisty, który gibał się do tych wszystkich utworów i podśpiewywał, jeśli nie do mikrofonu robiąc chórki, to niejako pod nosem. Wesoly Widać, że sam lubi nagrane przez siebie kawałki. Wesoly



Wściekłe brzmienie "Animals" porwało publikę, a potem nastąpiło balladowe wcielenie Algiers - "Hymn for an Average Man" zagrane przez Fishera na klawiszach, które z czasem rozwinęło się w kawał ciężkiego grania. "Walk Like a Panther" - studyjnie jest to przeraźliwie hałaśliwy numer z bardzo mocnym bitem, a paradoksalnie zabrzmiał bardzo dobrze w przestrzeni Meskaliny. Zagrali jeszcze noszące znamiona hitu "The Underside of Power", "Irony, Utility, Pretext" z debiutu i "Death March". Dopiero przy tym ostatnim kawałku Fisher postanowił jakkolwiek zabrać głos: "ostatni numer, który zagramy, nazywa się "Death March" - happy wednesday" Wesoly Był to też najciekawszy moment koncertu, bo nie dość, że i sama piosenka świetnie się broni (drugi album przeszedł u mnie bez echa, a zawiera naprawdę bardzo interesujące utwory, co ten koncert dobitnie mi uświadomił), to mogliśmy też posłuchać instrumentalnych popisów reszty muzyków. I na tym skończyła się pierwsza część koncertu! Zdębiałem, bo zagrali raptem 10 kawałków, nie minęła nawet godzina. Na szczęście nie musieliśmy długo czekać na ich powrót na scenę - po gorących owacjach wrócili zagrać bis, składający się łącznie z 3 piosenek, w tym ostatni utwór z drugiej płyty zespołu, który jest jednym z moich ulubionych. Miły akcent na zakończenie.



Trochę rozczarował mnie ten koncert, mówiąc szczerze - skromna ilość utworów, kiepskie nagłośnienie, bywałem na bardziej porywających koncertach. Z drugiej strony otworzył mi głowę na drugi album nagrany przez Algiers, który kryje w sobie wiele interesujących kawałków ("Death March"!). Trzeba też przyznać, że band nie traci nic ze swojej wyrazistości podczas występów na żywo. Mają swój własny, niepodrabialny styl, z którym trudno negocjować - jeńców nie biorą. Dziwi mnie tylko, że tak chętnie wrócili akurat do Meskaliny - chciałbym ich usłyszeć w jakimś lepiej przystosowanym do takiego brzmienia lokalu. Chociaż może właśnie o to chodziło - o zachowanie garażowego brzmienia, stanowiące jednak nierozłączną część muzyki Algiers? Jedno jest jednak niezmienne - niezależnie od chęci poprzedzających dany koncert, stanie na publice i oczekiwanie na to, co wydarzy się na scenie nieustannie powoduje u mnie wydzielanie endorfin - i czy sam, czy z kimś, to lubię doświadczać muzyki na żywo.

A tutaj filmik na koniec - na miejscu nie brzmiało to aż tak klarownie. Laughing
<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/cnQDVb8Yfko" frameborder="0" allow="autoplay; encrypted-media"></iframe>

Setlista:
1. Cry of The Martys
2. Cleveland
3. Black Eunuch
4. Blood
5. Animals
6. Hymn for an Average Man
7. Walk Like a Panther
8. The underside of Power
9. Irony, Utility, Pretext
10. Death March

Bis:
1. ? (nie namierzyłem, co to był za numer niestety)
2. Old Girl
3. The Cycle/The Spiral: Time to Go Down Slowly

Zdjęcia: Piotr Galuhn Fotografia


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Chojrak dnia Pią 17:11, 27 Lip 2018, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stoned
PANI DYREKTOR



Dołączył: 06 Sty 2011
Posty: 4443
Przeczytał: 23 tematy

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 17:55, 27 Lip 2018    Temat postu:

To był Trombone! To dlatego nie poszliśmy na koncerty Algiers, zapomniałam już o tym Laughing
Bardzo fajnie to wszystko opisałeś, niemal czułam się jakbym tam była :) Nie wyobrażam sobie hałasu, ale jakaś lekcja z tego wypłynęła.
Setlista faktycznie krótka, ale za 40 zł to nie ma cudów Laughing

Fajnie to wygląda, charyzmatyczny wokalista i zdolni muzycy, jak wrócą do Wro i będą sprzyjające okoliczności to chętnie bym się wybrała :)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Chojrak
KIEROWNIK



Dołączył: 06 Cze 2012
Posty: 1437
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Szczecinek
Płeć: Mężczyzna

PostWysłany: Śro 23:14, 21 Lis 2018    Temat postu:

15.11.2018 - Madison McFerrin, SPOT., Poznań

Znacie Bobby'ego McFerrina? "Nie zamartwiaj się, bądź szczęśliwy" to pewnie pierwsza myśl, jaka przychodzi wam do głowy, ale Bobby to przede wszystkim niewiarygodnie kreatywny artysta, jeden z wielu odkrywców potencjału ludzkich strun głosowych, niezrównany mistrz acapella. Podobną drogą zapragnęła podążać Madison McFerrin, córka artysty, która odwiedziła Polskę ze swoją małą trasą koncertową. Poznałem ją podczas słuchania jednej z audycji soulbowl w Akademickim Radiu LUZ, gdzie Kurtek wraz z Mają dzielili się ciekawymi premierami okołosoulowymi. Tak usłyszałem numer "Insane", który ujął mnie zarówno świeżością, jak i nieprawdopodobnie ciepłym brzmieniem. Madison McFerrin była jednym z trzech interesujących mnie artystów zagranicznych występujących tego dnia w Polsce - ograniczona zdolność wyjazdowa sprawiła, że musiałem odpuścić sobie koncerty JMSNa czy Richarda Bony we Wrocławiu. Restauracja SPOT. postanowiła jednak obdarzyć mnie i mojego dobrego kolegę, Kacpra, wejściówką na ten koncert, co bardzo mnie ucieszyło po tygodniach koncertowej posuchy. Moja pozycja konkursowego mastera znacznie osłabła, stąd traktuję ten koncert jako powrót do gry. Laughing
Tuż po zajęciach wsiadłem w autobus i podjechałem z cywilizowanego centrum na dziką Wildę, na której mieszka ponoć sam szatan. Towarzyszyła mi wielka ciekawość - uwielbiam koncerty z zastosowaniem loopów, dla mnie jest to zawsze odświeżające doświadczenie, zwłaszcza że ten występ miał być w całości acapella. Wkrótce dołączył też Kacper, z którym od dłuższego czasu próbowałem wyjść na jakiś koncert, ale jakimś niewyjaśnionym sposobem zabrakło nam okazji. Mój dobry kolega raczej nie zalicza się do szczególnych amatorów muzyki soulowej, długo musiałem go namawiać na wyjście, a i jego entuzjazm przed wydarzeniem był znacząco umiarkowany. Laughing
Nie miałem chyba okazji mówić wcześniej o kameralności SPOTu. Generalnie jest to elegancka restauracja, która jest podzielona na dwie części - jadalnię oraz skromną salkę z niewielką sceną. Sam SPOT. jest ulokowany w rzadziej uczęszczanej części Poznania, tuż przy parku Jana Pawła II. Możecie więc sobie wyobrazić, jak intymne są w takich okolicznościach przyrody spotkania słuchaczy z występującymi tam artystami. Koncert Madison nie był od tej reguły wyjątkiem.
Kilka minut po 20 na scenę wkroczyła Madison McFerrin, która z wyglądu skojarzyła nam się trochę z naszą lokalną pogodynką Omeną Mensą. Laughing Pierwsze, co zrobiła, to zdjęła buty. Laughing Towarzyszył jej wyłącznie statyw z mikrofonem ubrany w estetyczną kwiatową kompozycję. Wesoly Z uśmiechem od ucha do ucha, przywitała nas... coverem Britney Spears. Tak, zaśpiewała "Toxic". My z Kacprem jesteśmy, co tu dużo mówić, uchowani w dużej mierze na popie lat 2000-2005, a i Britney jest nam postacią raczej bliską - to było przecież nasze dzieciństwo, a i do dzisiaj lubimy się podśmiewać z tej muzyki, więc takie przywitanie było celnym strzałem w dziesiątkę. Ciepło głosu Madison otuliło publiczność w kilka sekund. Udało mi się znaleźć całe nagranie tego numeru, wprawdzie nie z poznańskiego koncertu, ale musicie to usłyszeć. Najbardziej imponujący moment nastąpił, gdy Madison odśpiewała wokalizy poprzedzające końcowy refren oryginału. Zabrzmiało bardzo orientalnie, ale i zachwycająco, jak to skwitował Kacper - "Britney na dworze u sułtana". Laughing

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/2Y8IFLs3w60" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture"></iframe>

Im dalej w las, tym było tylko ciekawiej. Usłyszeliśmy materiał z obu EP-ek artystki, łącznie było to jakieś 6 czy 7 kawałków, budowanych od podstaw. Madison okazała się bardzo pocieszną i wygadaną osobą, z poczuciem humoru. Za każdym razem rozbraja mnie bezpośredniość artystów amerykańskich. Wokalistka opowiadała nam m.in. historię związaną z "Toxic", które ponoć dedykowała swojemu chłopakowi w latach bardzo wczesnej edukacji, a następnego dnia on z nią zerwał. Laughing Innym razem przy okazji piosenki "Shine" opowiedziała nam o swojej wpadce związanej ze śpiewaniem hymnu podczas wiecu wyborczego Hilary Clinton. Miało to związek z tym, że obecni tam ludzie śpiewali hymn po swojemu i artystka chciała prawdopodobnie zrobić to samo. Wyszło, jak wyszło. Laughing

<iframe width="560" height="315" src="https://www.youtube.com/embed/gApIvI-JJpQ" frameborder="0" allow="accelerometer; autoplay; encrypted-media; gyroscope; picture-in-picture"></iframe>

Konkluzją tej rozległej anegdoty było jednak to, że mieliśmy zaśpiewać z artystką fragment tej piosenki. Muszę przyznać, że skromna publiczność poznańska spisała się na medal - widać, że sami muzykalni ludzie przyszli na koncert. Laughing
Koncert nie potrwał zbyt długo, raptem godzinkę, bisu też się nie doczekaliśmy. Madison z rozbrajającą szczerością powiedziała, że nie ma już więcej repertuaru. Laughing Niemniej ta godzina była dla wokalistki w zupełności wystarczająca, by otulić nas swoim ciepłym i uroczym wokalem niczym pledem. Kameralność SPOTu jedynie potęgowała nastrój tego występu. Dla mnie koncerty acapella i loopowanie ścieżek to bardzo ożywcze, odświeżające doświadczenie i za każdym razem bardzo mnie intrygują. Takie przedsięwzięcia jawią mi się jako podstawowa, pierwotna forma muzycznej ekspresji. Madison nie zawiodła ani mnie, ani mojego kumpla, który był tak rozentuzjazmowany, że koniecznie chciał sobie zrobić z nią zdjęcie. Cóż, problemy z hymnem u Madison były niczym przy naszych problemach z wykonaniem fotki. Laughing Po kilku wariackich ujęciach udało nam się w końcu cyknąć jakieś przyzwoite zdjęcie. Cóż, dopóki nie nauczymy się sztuki robienia selfie, raczej nie zostaniemy influencerami na Instagramie, niemniej mierzymy wysoko. Lajk od Kacpra na fejsie już jest, bo jak już to Grammy wpadnie, to będzie można się pochwalić znajomością artystki jeszcze sprzed czasów świetności. Wesoly Taki to był zabawny wieczór!

[link widoczny dla zalogowanych]

16.11.2018 - Reni Jusis, Blue Note, Poznań

Następnego dnia dowiedziałem się, że wygrałem wejściówkę na... Reni Jusis. Bardzo się ucieszyłem, bo bilety były dosyć drogie (całe 50 zł), a planowałem z ciekawości wybrać się na ten koncert. Możecie się dziwić lub nie, ale z perspektywy czasu Reni Jusis jawi mi się jako jedna z kluczowych postaci dla polskiej elektroniki i polskiego popu, która ogarnia muzyczne trendy także i dzisiaj - śmiało można powiedzieć, że "nadąża". Nawet obśmiewana nieraz "Zakręcona" to przecież kawał solidnego disco-funku przeszczepionego na realia naszego polskiego podwórka. Sukces płyty "Bang!" sprzed paru lat i uznanie krytyki, a w tym roku płyta "Ćma" pokazała, że wokalistka wciąż ma na siebie pomysł i jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa. Zarówno ja, jak i mój kolega z Warszawy Michał, uważnie śledziliśmy ostatnie poczynania Reni i byliśmy zgodni, że warto by było wybrać się na koncert. Jego plany spaliły na panewce, gdy dowiedział się, że w Warszawie Reni zagra koncert w klubie gejowskim. Laughing Ja miałem dużo więcej szczęścia, bo Blue Note tego typu renomy się szczęśliwie nie dorobił, niemniej nie jestem fanem tego klubu. Renomy się może nie dorobił, ale mojej uwadze nie umknął fakt, że na ten koncert zjawiło się wyjątkowo wielu facetów, co jest dosyć ciekawą obserwacją. Statystycznie częściej obserwuję na koncertach przewagę pań, albo proporcje rozkładają się w miarę po równo. Przekrój społeczny też był interesujący - zarówno młodzi ludzie, jak i starsi, twarze mniej lub bardziej nietypowe, także dresiarze. Wesoly
Reni spóźniła się jakieś pół godziny, na scenie towarzyszył jej duet LASY - grający na padach i samplerach Jacek Próściński i obsługujący sample oraz klawisze Stendek. Sama artystka była ubrana w dyskotekową, błyszczącą kreację "ćmy". Koncert zaczął się elektroniczną introdukcją, która następnie przeszłą w dyskotekową interpretację wiersza Barańczaka "Jeżeli porcelana, to wyłącznie taka". Prawdę powiedziawszy trochę zaskoczył mnie głos Reni na żywo - był trochę mniej "ułożony" niż w studio, nieco niższy i bardziej hmm... skrzekliwy, ale brzmiał mimo tego dosyć dobrze. Ujawniły to takie numery, jak mój ulubiony singiel "Tyyyle miłości" i równie chwytliwa "Ćma". Dlatego mało zrozumiałe było dla mnie to, że piosenkarka bardzo często posiłkowała się w refrenach półplaybackiem, co było dla mnie raczej powodem do rozczarowania. O ile lubię ostatnie muzyczne poczynania Reni i chętnie po te brzmienia sięgam, tak koncertowo ta estetyka moim zdaniem średnio się broni - momentami kojarzyło mi się to bardziej z jakimś solidnym DJ setem niżeli koncertem z prawdziwego zdarzenia. Grana przez Lasy elektronika wydawała mi się mało ożywiona, czegoś mi w tym brzmieniu brakowało. Z drugiej strony możliwe, że to akustyka Blue Note częściowo wpłynęła na mój odbiór koncertu - wyjątkowo niewdzięczne mają w tym, ponoć jazzowym klubie, nagłośnienie. Niemniej gdybym usłyszał taką muzykę w klubie, bawiłbym się pewnie bardzo dobrze, a i tego piątku nie wahałem się, żeby się trochę pokołysać. :) Reni zaśpiewała wszystkie piosenki z najnowszego albumu - łącznie 9 piosenek, numer z 2003 roku "Kto pokocha" i jakiś cover, po czym zeszła ze sceny. Owacje publiki szybko ściągnęły ją z powrotem. No i tutaj zaczęła się dużo ciekawsza część tego koncertu. Reni już w trakcie regularnej części koncertu dała nam się poznać jako wyjątkowo pocieszna, zabawna i sympatyczna osoba, ale bisem tylko to potwierdziła. Po zagraniu pierwszej z czterech piosenek na bis zaczęła się pytać publiczności, jakie numery chcieliby usłyszeć. I wszyscy trafiali w listę opracowanych bisów. Przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie było ustawione czy po prostu padały tak tendencyjne odpowiedzi. Sposób wyboru osób na publice sprawiał wrażenie autentycznego. Wesoly Usłyszeliśmy jeszcze "Zombie świat", cudowne i transowe "Jakby przez sen (nigdy ciebie nie zapomnę"), no i oczywiście padło na "Kiedyś Cię znajdę". Laughing Panowie posłużyli się przy tych numerach bardziej zróżnicowanymi samplami, nastąpiła częściowa dekonstrukcja tych kompozycji, co wzbudziło moje zainteresowanie. Dawno nie doświadczyłem tak długiego bisu, tutaj należą się pokłony dla Renaty.

[link widoczny dla zalogowanych]

Podsumowując, gdybym wydał te 50 zł, czułbym się raczej rozczarowany tym koncertem, ale skoro udało mi się wejść za darmo... To nie mam zbyt wielu powodów do narzekań. Wesoly Bywałem na lepszych koncertach, bywałem na gorszych, niemniej fajnie było usłyszeć Renatę na żywo i pogibać się do wielu z jej niezaprzeczalnych hitów. Było ok, ale bez szału. Muszę chyba przyznać, że to nie jest do końca moja estetyka koncertowa. Ja osobiście widzę Reni bardziej jako artystkę studyjną, trudno z jej piosenek stworzyć jakiś powalający koncert, bardziej dj set, bo jej utwory to przecież kapitalne bangery. Niemniej nie wykluczam jeszcze jakiegoś spotkania. Wesoly

Setlista:
1. Intro
2. Jeśli porcelana, to tylko taka
3. Tyyyle miłości
4. Ćma
5. So Far
6. Pustynia bez postów
7. Bez filtra
8. Aureola
9. Święta wojna
10. Podróż
11. Kto pokocha
12. Cover
Bis:
13. Mixtura
14. Zombie świat
15. Jakby przez sen
16. Kiedyś cię znajdę


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Stoned
PANI DYREKTOR



Dołączył: 06 Sty 2011
Posty: 4443
Przeczytał: 23 tematy

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Wrocław
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 19:15, 22 Lis 2018    Temat postu:

Lubię Twoje relacje, treściwe, z humorem, zaspokajające moją ciekawość w 100% zawsze Laughing I zmienię Ci rangę jak master of konkursy z biletami na koncerty Laughing

"dziką Wildę, na której mieszka ponoć sam szatan" <3
No i nie dość Ci piosenkarek, które występują bez butów
"Britney na dworze u sułtana", dosyć trafny opis Laughing Super brzmi "Toxic"! To chyba najczęściej coverowana piosenka Britney, ale w takiej jeszcze jej nie słyszałam.
Super oglądać loopowanie na żywo, bo to troszkę tak jakby się podglądało proces twórczy :)
Selfie też macie fajne!

Co do Reni to też byłabym lekko rozczarowana półplaybackiem i tego typu rzeczami w cenie 50 PLN. Ale jak za darmo, to można przymknąć oko i po prostu się pobawić Laughing Bis imponujący, prawda!


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:    Zobacz poprzedni temat : Zobacz następny temat  
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.jstone.fora.pl Strona Główna -> OFFTOPIC / Muzyka. Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10
Strona 10 z 10

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Regulamin